piątek, 4 października 2013

Tematu brak :P

A co mi tam- zaofftopuje ;) Otóż ładnie proszę o "klika" w poniższy link


Tak wiem, nijak się to ma do bloga, ale że testuję ową stronkę i jej faktyczne możliwości zarobkowe to i Was proszę o pomoc ;)

Ogólnie (żeby nie było, że tak w ciemno każę klikać) stronka zajmuje się opłacaniem odczytywanych maili reklamowych. Firm miliardy tego typu na rynku, ale jakoś ta do mnie "przemówiła" na tyle, że się zarejestrowałam:

-->eRmail<--



No to tyle jeśli chodzi o offtop ;)

sobota, 28 września 2013

Miksik w drodze...:))

Zdziwieni co? Najpierw nic nie pisze rok czasu a nagle zaczyna produkować posty dzień po dniu? Cóż to się stało? Ano stało się to, że mam nieprzeciętnie dużo wolnego czasu a co za tym idzie po prostu się nudzę. Ale zacznijmy od początku.

Jak wiecie dość długo pracowałam jako guest relation w hotelu Empire. Stan ten uległ zmianie 1 kwietnia tego roku (tak, ja też zauważyłam ironie). Jako że w połowie miesiąca mieliśmy zaplanowane miesięczne odwiedziny mojej rodzicielki, wspólnie ze ślubnym uznaliśmy, że należą mi się wakacje :) Tak też się stało. W międzyczasie pojawiły się pewne zmiany...2 kreski na teście ciążowym :) Nie powiem aby była to niespodzianka bo staranka trwały ok 3 miesięcy. Szczęśliwi i podnieceni poinformowaliśmy jedynie najbliższą rodzinę i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej.

A dalej poszłam do pracy jako transferzysta w firmie Sun&Fun. Praca właściwie tylko 3 dni w tygodniu- pozostałe spędzaliśmy siedząc godzinę, czy dwie w biurze (więc pracą tego nie nazwę), a wspomniane 3 dni to kursowanie lotnisko-hotel-biuro-lotnisko. Dzień mieszał się z nocą, niekiedy w ciągu 2 dni spało się 3 godziny...ale dało się przyzwyczaić. Oczywiście ze względu na mój stan (zwany niekiedy błogosławionym), wiedziałam że prędzej czy później trzeba będzie zrezygnować. Wygrało prędzej. Wraz z końcem czerwca zakończyłam współpracę z Sun&Fun.

No i od tamtej pory zbijam bąki w domu. Na początku było fajno ale teraz zaczynają się schodki. Ale o tym może kiedy indziej. Zaczęłam pisać ten post w celu uświadomienia przyszłym mamuśkom, że w Egipcie nie będzie łatwo. Ale oczywiście po drodze zgubiłam wątek (ostatnio często mi się zdarza). Poza tym widzę, że notorycznie używam równoważników zdań. Cóż, musicie wybaczyć. Będę z premedytacją korzystać z wymówki a'la „ciężarne mają taryfę ulgową” ;))

Zacznijmy może od zakupów- bo te są częścią nieodzowną, uniknąć się ich nie da, pochłoną lwią część Waszych zaskórniaków (choć i tak pewnie zabraknie) i doprowadzą niekiedy do szewskiej pasji. A dlaczego? Pamiętajcie, że piszę z Hurghady- a tu NIC nie ma. No serio. Kosmetyki dla dzieci zatrzymują się właściwie na marce Johnson, produkty higieniczne typu podkłady poporodowe i dla niemowląt, bielizna poporodowa itp- co najmniej trudno dostępne. Staniki do karmienia, laktatory, podgrzewacze, sterylizatory, smoczki, butelki...no można znaleźć chiński badziew (to już niezależnie od kraju) ale jak już człowiek chciałby coś lepszego to bez grubej gotówki nie podchodź. Króluje tu firma Chicco i Avent- w porównaniu do PL ceny niebotyczne a wybór co najmniej biedny. Wózki – ha! A po co wózek? Przecież szanowne Egipcjanki w łapskach dzieciaka noszą ( bo krzywy kręgosłup im nie straszny- w końcu to made in Egypt nie?), no to co ta głupia Europejka w sklepie opowiada, że chce wózek 3 in 1? A co to jest? Przecież spacerówki się (jeśli już) używa- no i taką świetną firmę mamy- Gracco (dla niezorientowanych- oryginalnie firma nazywa się Graco, więc tu obecna to chińska czy jakaś tam podróba). Nie no- oddaje sprawiedliwość, w Senzo można dostać wózki oryginalne i nawet 3 in 1- za minimalną cenę 1500zł. Ja wiem, że wózki są drogie ale za 1500zł to już można coś naprawdę fajnego kupić a tu za tę cene fajne jest jedyne to, że wózek posiada gondole...No szkoda gadać. Z ubrankami jest to samo- jeden wielki badziew- bawełnę znaleźć ciężko, za to syntetyki pełne cekinów, brokatów, tudzież innych egipskich wspaniałości, są na porządku dziennym.

Co teraz? Może służba zdrowia i opieka prenatalna (oplułam monitor ze śmiechu w tym momencie) . O służbie zdrowia kiedyś chyba wspominałam, a co do tego drugiego- no nie ma i tyle. Opieka na poziomie zerowym przecież one tu rodzą na potęgę, co to za różnica czy się w ciąży dba czy nie?Jak nie to bejbi, to się zrobi kolejne. Badania w ciąży? U tych lepszych lekarzy- krew i mocz na początku, potem długo, długo nic, krew i mocz na końcu. Fajno nie? Toksoplazmoza, czystość pochwy, tolerancja glukozy, badanie wydzieliny, budowa miednicy itd., itp. to tylko zbędne fanaberie. Za to USG na każdej wizycie. Ale „ręczne” badanie już nie- tego się tu unika jak ognia. Jak już przy tym jesteśmy- unika się do tego stopnia, że kobiety notorycznie kierowane są na cesarkę- bo to ładniej, czyściej, można zaplanować i w ogóle cud-miód-malina. Ileż lekarzy ja obchodziłam, ileż nerwów zjadłam, ileż się nakłóciłam w laboratoriach...wszystkiego się odechciewa. Ale już coraz bliżej końca- niby dobrze, ale strach jest- bo co te konowały ze mną i dzieckiem będą wyczyniać przy porodzie to aż strach...


To na razie tyle w tym temacie, choć będzie on kontynuowany- chcecie czy nie :P Brzuchol zajmuje teraz sporą część mnie i nie da się go zignorować, więc pisanie z perspektywy ciężarówki jest nieuniknione ;)

piątek, 27 września 2013

Rewolucja rewolucją a żyć trzeba

No tak- blog już prawie umarł śmiercią naturalną- bo się autorce pisać nie chce ;) Choć pewnie grom z Was pomyślał sobie, że mnie gdzieś jakaś zabłąkana kula trafiła...w końcu w tym Egipcie TAKIE rewolucje uskuteczniają- taaaaaa, właśnie o tym kilka słów. Ale naprawdę kilka bo temat mnie drażni. Nieprzeciętnie.

W związku z ostatnimi wariacjami mediów, biur podróży i innych śmiesznych instytucji, informuje że po raz kolejny była to (wciąż jest? Nie wiem. TV nie oglądam ) GRUBA przesada. Owszem, było mordobicie w Kairze, owszem lali się jeden z drugim, broń palna poszła w ruch- nie pierwszy raz. Trzeba było odwołać wycieczki do tego miasta- zgadza się. Ale te żałosne opowieści podejrzanej treści o strasznej sytuacji w Hurghadzie? No to już było przegięcie. Modyfikowanie wywiadów z mieszkającymi tu na stałe Polakami- standardowa procedura TV gdy oglądalność zaczyna spadać...ehhhh co ja będę gadać (czy pisać, jeden czort), niektórzy i tak wiedzą lepiej, bo przecież telewizja nie kłamie, prawda? No.

To może obraz na dzień dzisiejszy? Pusto, cicho, smutno. Turystów brak. No może nie taki całkowity brak ale da się wyczuć zdecydowaną różnice. Część hoteli pozamykana, a te które wciąż są otwarte pracują na pół gwizdka. Po raz kolejny masa ludzi straciła pracę, siedzi na bezpłatnych urlopach, lub pracuje 15 dni w miesiącu za ostro przyciętą stawkę. Dla Waszej wiadomości- rzecz dotyczy nie tylko Egipcjan- z nami jest tak samo. Nie ma turystów, nie ma pracy. Rezydenci siedzą w domach wydając resztki oszczędności bo biura podróży nie pracują. Wszyscy dostajemy po tyłku.


Czy się coś ruszy? Mam nadzieję, ja wprawdzie i tak do pracy się nie śpieszę (ale o tym w kolejnym poście) ale masa ludzi owszem. I życzę im, aby sytuacja wróciła do jako takiego stanu „normalnego”. I żeby jakoś się odbili po całej tej „rewolucji”

czwartek, 24 stycznia 2013

Mąka i brokat...czyli wesele po egipsku

Całkiem niedawno miałam okazję zapoznać się z tutejszymi zwyczajami weselnymi, choć słowo "wesele" okazało się mieć tutaj zupelnie inne znaczenie.
Zaczęło się od niewinnej wizyty u rodziny, wszystko pięknie-ładnie, z tym że pojawił się mały problem- dwójka młodych ludzi, przeciwnej płci, w jednym mieszkaniu, a nie daj Boże pokoju, bez ślubu, toż to tak nie wypada... I nie ma tu znaczenia czy oficjalnie (w sensie legalnego kontraktu ślubnego) już "hajtnięci" czy nie... jak nie było wesela, to się nie liczy ;) Rodzinka prosiła, namawiała, aż w końcu się poddaliśmy- niech Wam będzie ta impreza.

Krokiem pierwszym okazał się zakup sukni- tu totalna samowolka, każdy kolor dozwolony, byleby się świecić...no i właśnie tu pojawił się pierwszy schodek- nijak mi się te suknie nie podobają, nie mam ochoty wyglądać jak świąteczna choinka, cała obwieszona kamykami, brokatami, koronkami i cholera wie czym jeszcze. Po odwiedzinach w trzecim z kolei sklepie, moje wymagania zmniejszyły się do jednego kryterium- nie ważne co to będzie ale ma się nie świecić ;) W końcu się udało- sukienka udekorowana niewielką ilością kamyczków, brak kwiatków, cekinków, koroneczek...no prawie ideał.

Krok drugi- umówienie się na makijaż, ubieranie i ogólne podrasowanie- standardowy, minimalny czas na tę operację to 4 godziny, jednak po długich bojach udało mi się wynegocjować 2. Następnego dnia o 16.00 miałam się stawić na "upiększanie". Na szczęście była ze mną bratowa przyszłego małżonka, Shayma, w roli translatora (w rzeczywistości powstrzymywała mnie przed rozniesiem całego "salonu piękności" w drobny mak). Jak tylko przekroczyłam próg miałam ochotę uciekać- w niewielkich 2 pomieszczeniach tłoczyło się jakieś 30 bab, z czego 10 to panny młode a reszta obstawa (W ramach wyjaśnienia chciałabym dodać, że byłam od początku lekko podenerwowana biorąc pod uwagę tutejszą modę- otóż panna młoda nakłada maskę- dla nich jest to makijaż jednak ja tak tego nazwać nie mogę. Twarz jest chowana pod grubą warstwą niemalże białego pudru, oprawa oczu jest niezwykle wyrazista, wręcz krzykliwa, we wszystkich kolorach, niekoniecznie do siebie pasujących- no ogólnie wygląda to koszmarnie, tak "upiększonej" kobiety praktycznie nie da się rozpoznać, więc można zrozumieć moje lekkie zestresowanie). Ciągnięta przez Shayme dotarłam do pomieszczenia (metr na metr), w którym to zaczęłyśmy batalie z ubieraniem. Białe leginsy, halka, biały golf i na to suknia- i właśnie tu najgorsze- jak się poruszać po wypełnionym kobitkami pomieszczeniu w rozkloszowanej do granic możliwości sukni...otóż można to posumować słowami "zadzieram kiece i lece".

Krok trzeci- makijaż. Oj, to było najgorsze, utrzymanie nerwów na wodzy graniczyło z cudem. Oczywiście byłam w centrum uwagi ze względu na białą twarz i niebieskie oczy- normalnie jak małpka w zoo. Lekko oszołomiona nie zauważylam jak z prawej strony zachodzi mnie "makijażystka" z małym pudełeczkiem i gąbeczką...
 "Gdzie z tą mąką, gdzie!?" wykrzyknęłam lekko spanikowanym głosem i to w dodatku po polsku- tak się zestresowałam ;) Na szczęście Shayma w lot zrozumiała o co mi chodzi i grzecznie wyjaśnila, że ja wystarczająco blada jestem, żeby mi jeszcze to paskudztwo na twarz nakładać. Teraz już ostrożnie "upiększaczka" podeszła z cieniami, żebym sobie kolorek wybrała. Pokazałam czerń i szarość i z pomocą Shaymy wytłumaczyłam, iż ma to być delikatny makijaż. "Delikatny" najwyraźniej w egpskim słowniki nie figuruje, bo po 5 minutach, gdy otworzyłam oczy zobaczyłam w lustrze jakiegoś potworka do złudzenia przypominającego pandę. No i zmywanie. Zaczynamy od początku. Nawet inna pani przyszła żeby się tym makijażem zająć ;) Koniec końców się udało. Nadszedł czas na założenie weselnego hijabu- miliard małych szali, udrapowanych w przedziwny sposób i niemalże unieruchamiających głowę- ale przyznać muszę, że wyglądało to bardzo ładnie. Pozostało czekać na pana młodego.


Krok czwarty- prosto z salonu wizyta u fotografa, szybka sesja i jazda na "wesele". A właśnie..jazda...a jak tu wleźć do samochodu w tej cudacznej sukni? Stanęłam niezdecydowanie, próbując obmyślić w głowie jakiś plan, gdy nagle pan młody, jego siostra, plus dwóch kuzynów, tak jakoś mną zakręcili, suknie podtrzymali, że raz-dwa znalazłam się w aucie. Najwyraźniej problemy z poruszaniem się w sukni to nie nowina skoro tak sprawnie im to poszło. W każdym razie siedziałam, a pan młody próbował się koło mnie zmieścić, jednak fałdy mojej "cudownej" sukni skutecznie mu to uniemożliwiały...po małej batalii jednak się udało ;)

Krok piąty- jesteśmy na miejscu, znaczy się na podwórku przed domem. Wchodzimy na platformę przygotowaną przez kuzynów (cały czas miałam wrażenie, że wszystko się zawali- w końcu wiadomo jak Egipcjanie podchodzą do budowania), naokoło pełno światełek, ludzi, głośna muzyka, siadamy na wielkich fotelach i zaczynamy...No i tu każdy Europejczyk zda sobie sprawę, że "wesele" to nie jest odpowiednie słowo. Młodzi siedzą i uśmiechają się do widowni zgromadzonej przed platformą. I tak przez jakieś 1,5 godziny. No cudo ;) I to by bylo na tyle. Nie ma całonocnej zabawy, obżarstwa, ogólnie pojętej imprezy...siedzimy, uśmiechamy się, wymieniamy obrączkami i spadamy. Jeszcze tylko kilka zdjęć z rodzinką i możemy zrelaksować się w swoim własnym towarzystwie. Masa przygotowań, zakupów, lekka nerwówka, by w finale chwile posiedzieć i poszczerzyć się do ludzi...ot i całe weselisko ;)











czwartek, 27 września 2012

Polski Turysta...

No i zbliża się kolejna rocznica...pełny rok pracy w hotelu jako Guest Relation. Jedyne związane z tym myśli to (a właściwie jedna) WAKACJE. A tak! Ja wiem, że wszystkim się wydaje, że my tu jesteśmy na wiecznych wakacjach, bo słońce, morze, orientalna kultura...słońce to ja widzę jak idę do pracy, na plaży byłam jakieś pół roku temu, a ta orientalna kultura już mi bokiem wychodzi. Wyobraźcie sobie codzienną pracę pośród ludzi, którzy w najlepsze sobie wypoczywają, smażą się na słoneczku, relaksują...a Ty biegasz jak rączy konik, a to do recepcji (bo gości trzeba zakwaterować), a to po pokojach (skontrolować pracę sprzątaczy), a to restauracja (czy wszystko gotowe), plaża (średnio 2 razy dziennie ktoś wpada na „jeżozwierza”), basen (od czasu do czasu trzeba kogoś odholować do pokoju...). To dopiero wakacje co?

Przyjmując się do pracy myślałam- ale będzie fajnie! Ciągły kontakt z rodakami, poznawanie nowych ludzi itp., itd. po kilkuset sytuacjach, gdy do recepcji wpada rozjuszony Polak, drący się na wszystkich naokoło, bo się samolot spóźnij, i on do Polski zadzwoni, bo on ma prawnika, i w ogóle co to za syf, bałagan, burdel...albo codzienne wzywanie ochrony do pomocy w przetransportowaniu z barowej podłogi, kompletnie nieprzytomnego imprezowicza...wysłuchiwanie krzyków, że jak to, że on ma dzwonić na swój koszt do ubezpieczalni? Że jak ja tak mogę biednych Polaków wykorzystywać? A fakt, że wylot do Polski jest w nocy a wymeldować się trzeba do 12.00 to już największa tragedia! Jak to tak? Na bruk ludzi wyrzucać? (fakt, że goście mogą pozostać na terenie hotelu, korzystać z plaży, basenów jakoś umyka rozjuszonym turystom)...a wszystko to wina Pani Karoliny- bo tylko Pani Karolina mówi po polsku, więc ona najlepiej zrozumie łacinę podwórkową, więc przestaje być istotnym fakt, że to nie ona kontroluje loty czarterowe, nie ona ustala zasady i regulaminy firm ubezpieczeniowych czy biur podróży- jest na miejscu, mówi po Polsku, więc cały jad i złość zrzućmy na nią. Tak, te i wiele innych sytuacji, zmusiło mnie do zmiany mojego wcześniejszego entuzjazmu.

Zawsze byłam wrogiem stereotypów, jednak i to się zmieniło. Jak poznać Polaka w tłumie innych gości? Wystarczy przyjrzeć się wyrazowi twarzy- najbardziej niezadowolona mina, brak uśmiechu, patrzenie z góry na innych- typowe cechy rozpoznawcze. Punkt numer 2- narzekanie. To jest to co biało-czerwoni lubią najbardziej. Jesteśmy chyba genetycznie zaprogramowani, żeby szukać dziury w całym. Bo przecież nie może być idealnie, coś trzeba znaleźć:

...P. Karolino, a czemu jest tak gorąco? Nie mogłoby być trochę wiatru czy coś?
...P. Karolino, a czemu woda w basenie nie jest podgrzewana (pytanie z sierpnia- 35 stopni ale co tam)
...P. Karolino, a kiedy będzie jakieś normalne jedzenie? Schabowy na przykład?
...P. Karolino, a czemu oni się tak drą przez megafon w tym ich Kościele?
...P. Karolino, a to się nie da jakoś szybciej do tego Kairu, czemu to tyle kilometrów?
...P. Karolino, a oni to by wolniej nie mogli jeździć? I po co tyle taksówek?

Więc Pani Karolina musi zakasać rękawy i:

...wykonać szamański taniec sprowadzający wiatr i deszcz
...przekonać menadżera hotelu, że basen powinien być podgrzewany cały rok, nie tylko w sezonie zimowym, bo 35 stopni w cieniu nie jest wystarczającym wytłumaczeniem
...skombinować prosiaka, i przyrządzić schabowe a jak starczy czasu to nalepić pierogów
...przelecieć się po najbliższych meczetach i grzecznie poprosić o zaniechanie wezwań na modlitwę, bo to przecież turystom przeszkadza
...przenieść piramidy do Hurghady, żeby się goście tak bardzo nie męczyli w podróży
...i oczywiście wpłynąć na egipski Zarząd Dróg i Komunikacji (jeśli takowy istnieje), by wprowadzono kodeks drogowy i ograniczono ilość taksówek w mieście

Nie ma problemu, już się za to zabieram...a tak na poważnie, Kochani Turyści, zacznijcie się cieszyć z wakacji! Odstawcie na chwilę wszystkie problemy, zrelaksujcie się i przestańcie wszędzie doszukiwać się problemów. Wiem, że potraficie, spotykam (al hamdulillah) również turystów, z którymi nie sposób nie zawrzeć przyjaźni, uśmiechniętych, szczęśliwych, że mają szanse odciąć się od problemów, odpocząć po całym roku harówki, poopalać się i popływać w przejrzystym, ciepłym morzu. Marzy mi się aby wszyscy przyjeżdżali z takim nastawieniem, zapewniam, że spędzicie wtedy zdecydowanie lepsze wakacje.

piątek, 6 kwietnia 2012

Zakupy w Hurghadzie


Myślę, że najwyższy czas "wypocić" jakiś informacyjny artykulik. Zajmę się tym, co tygrysy lubią najbardziej- zakupy ;) Jak już wcześniej wspominałam, wypad do sklepu w Egiptowie do łatwych nie należy, w najlepszym wypadku może się skończyć powrotem z putymi rękoma, w najgorszym- chwilową nerwicą. Zacznijmy może od spożywki:

1.       Na pierwszym miejscu: HERZAMAN. Niewielki supermarket zlokalizowany przy Nasr street, na drodzę z Daharu do Sakkali. Znaleźć tam mogę wszystko co jest mi niezbędne- mrożonki, ser (zarówno biały jak i żółty), jogurty, coś co od biedy można nazwać śmietaną, wszelkie rodzaje mąki. Nie brakuje też działu chemicznego- proszki, kosmetyki etc. Niezwykle istotna jest tu półeczka dla zwierzaków- żarełko dla kota (suchy Frieskies ok 13-15 LE). Ogólnie sklep zaopatrzony bardzo dobrze, wszędzie ceny, obsługa miła, dość ogarnięta i nie nachalna.
2.       SOUK (główne rondo na Daharze)- no to oczywiście jest jedyne (wg mnie) odpowiednie miejsce na zakup owoców i warzyw. Fakt, iż wypad tam nie należy do najłatwiejszych- tłum, średnio zachęcające zapachy, gwar i ogólny galimatias ...no ale znaleźć można niemalże wszystko. Prócz owoców i warzyw znajdziecie świeżego kurczaczka (świeży znaczy jeszcze gdakający), inne rodzaje mięs, ryż, makarony, przyprawy itp.
3.       Osiedlowy supermarket- no z nazwą to trochę przesadziłam bo ani to osiedle ani supermarket, no ale...W każdym razie warto rozejrzeć się po tych małych sklepikach umiejscowionych w zakamarkach pomiędzy uliczkami- wbrew pozorom można tam znaleźć wiele przydatnych produktów a ceny są jak najbardziej przystępne
4.       SENZO- wydawać by się mogło, że tak duży sklep oferuje wszystko czego można by potrzebować...niestety jak dla mnie jest to wielkie rozczarowanie. Jeśli chodzi o spożywkę to naprawdę nic tam nigdy nie mogę znaleźć. Niby pełne półki ale jak się dokładniej przyjrzeć to nic szczególnego nie oferują. Ceny również nie powalają- chyba że trafimy na jakąś promocję. Teraz wpadam do Senzo tylko jeśli mam na oku coś konkretnego- jak ostanio odkurzacz- żółte maleństwo o sporej mocy za 180LE, żwirek dla kociaka, różne pierdoły do kuchni itp.
5.       METRO, ABU ASHARA- no te sklepy zawiodły mnie najbardziej. Jak dla mnie to nie ma tam nawet po co zaglądać- ale to tylko subiektywne odczucie ;)
Na spożywce się oczywiście nie kończy, wciąż trzeba dokupywać coś do domu, jak każda kobitka mam też czasem ochotę na nowego ciucha, biżuterię, kosmetyk...no sami wiecie.

1.       MAFISH MUSHKILA (na wprost kościoła koptyjskiego, Dahar)-  od tego sklepu to już jestem uzależniona, zwany przez naszą Polonię "pierdołownią" ewentualnie "plastil-fantastik", jest czymś w rodzaju naszych polskich "wszystko po 5zł". Tutaj ceną bazową jest 3,5 LE, jeśli coś jest droższe, znajdziemy (lub nie) cenę na produkcie. Co tu właściwie można kupić? Hmmm...wszystko. No może bez przesady, ale zdecydowanie wybór jest spory, od plastikowych pudeł różnej wielkości (królują one teraz w naszych mieszkaniach, jako świetny sposób na utrzymanie porządku w szafkach z przyprawami, kosmetykami, kablami, ładowarkami...), poprzez mopy, myjki, drapaki, naklejki ścienne, suszarki i kosze na ubrania, świeczniki, talerze, kubki, kosmetyki, przybory kuchenne...taki ogólnie pojęty mix ;)
2.       Apteka na prawo od hotelu Empire- moja ulubiona i zaprzyjaźniona, obsługa miła i zorientowana (nie ma obawy, że na ból głowy dostaniemy lek przeczyszczający...), ceny bardzo przystępne, zaopatrzona świetnie, zarówno w leki jak i kosmetyki (nawet Avon się znajdzie).
3.       DRAKE STORE (El Madares street)- zwany "flaflopownią" (oszczędze sobie energii z wyjaśnianiem skąd ta nazwa). Świat butów i torebek w szalonych cenach 10-50 LE. Wbrew pozorom na jakość narzekać nie można, a i ogólna prezencja produktów jest jak najbardziej do przełknięcia. To główne miejsce gdzie się od jakiegoś czasu zaopatrujemy
I to właściwie wszystko co mogłabym na chwilę obecną polecić, niestety jeśli chodzi o ciuszki, wciąż nie znalazłam nic co by mnie zadowoliło. Egipski, świecąco-koloraśny styl jest zdecydowanie nie dla mnie a i rozmiarówka rozpoczynająca się od 40 wzwyż również nie zachęca. Oczywiście istnieją sklepy z naprawdę ładnymi i dobrymi jakościowo rzeczami, jednak w tym wypadku ceny są niebotyczne jak na egipskie warunki. Jak więc sobie radzę? Po prostu wszystko sprowadzam z Polski- taniej i spokojniej wychodzi złożyć zamówienie na allegro, czy w jakimś sklepie internetowym i poczekać na możliwość dowiezienia przez turystę, niż dokonywać zakupów w Hurghadzie- w końcu trzeba sobie jakoś radzić ;)

niedziela, 25 marca 2012

To już prawie rok...

Tak, już niedługo będę świętować rocznicę pobytu w Egiptowie...i wciąż zastanawiam się kiedy to minęło? Czas tutaj biegnie inaczej,  miesiąc mija za miesiącem w nieodczuwalny sposób. Pamiętam jak planowałam regularnie pisać relacje z pobytu...jak widać z planów nic nie wyszło. Sama się dziwie, że kompletnie o tym zapomniałam. Nie będę już obiecywać, że sie poprawię, bo nie ma to chyba sensu, tutaj wszelkie plany pozozstają w sferze marzeń.

Pracując jako Guest Relation w hotelu Empire bardzo często spotykam się z pytaniem- i jak się tu Pani żyje. No i jak na to odpowiedziec? Żyje się normalnie- wstaję rano, idę do pracy, wracam do domciu, jem kolację, zasiadam przy książce lub też spotykam się ze znajomymi, nic szczególnego. Jednak gdy czasem nachodzą mnie myśli o powrocie do kraju ojczystego, zastanawiam się jak ja się tam odnajdę? Czy w Polsce na każdym kroku zatrzyma mnie taksówka oferując przejazd za kwotę 5zł na całkiem sporej odległości? Czy szef w pracy zaakceptuje, że pojawiam się tam o różnych godzinach w zależności jaką trasę obiorę? Czy nie będzie mi brakować tego tak drażniącego turystów azanu o różnych porach dnia i nocy? Czy dam radę ponownie wkręcić się w te trybiki nakazujące ciągły pośpiech, ścisłe trzymanie się rozkładu, wszechobecne zasady, do których należy się stosować? Szczerze mówiąc wciąz nie potrafię sobie na to pytanie odpowiedzieć. 

Egipt nigdy nie wydawał mi się idealny, jednak przebywając tu dłużej wciąż pojawiają się sprawy, które niekoniecznie odbieram pozytywnie. Pytanie więc brzmi: czy wciąż chcę tu żyć? Czasem mam wątpliwości. Czasem mam ochotę spakować co się da i wracać pierwszym samolotem. Gdy załatwienie czegokolwiek w urzędzie graniczy z cudem, gdy na wszystko trzeba czekać, gdzie nie ma żadnych zasad, terminów, porządku. Najprostsze wyjście na zakupy sprawia niekiedy trudności- ceny są najczęściej zawyżone więc bez targowania ani rusz, fakt, że na opakowaniu białego sera widnieje informacja o niskiej zawartości soli moze jedynie oznaczać, że zawartość ta jest na tyle niska, że można go będzie przełknąć, tak "normalne" prdukty jak chleb, żółty ser, śmietana, różne rodzaje mąki wymagają długich poszukiwań metodą prób i błędów. Wszechobecne taksówki zajeżdżające drogę, sprzedawcy uparcie i nieprzerwanie zaczepiający na ulicy, nachalne spojrzenia, cmokanie i masa innych zachowań, które potrafią doprowadzić do szału. Służba zdrowia odbiegająca od wszelkich standardów, zastanawianie się, czy wizyta u dentysty nie skończy się tragicznie zarówno w sensie finansowym jak i zdrowotnym...kto przy zdrowych zmysłach by się na to godził?

Wychodzi na to, że należe do tych, o których zdrowiu psychicznym można by dyskutować. Bo wciąż, nieprzerwanie, siedzi we mnie ta chęć pozostania. Nawet gdy nachodzę mnie dziwne myśli przypominam sobie jak rozczula mnie widok sprzedawcy owoców siedzącego na rozklekotanym wozie ciągniętym przez osiołka, leniwie stąpającego pomiędzy rozpędzonymi taksówkami, smak truskawek w środku zimy, widok zachodzącego słońca nad morzem, bezproblemowe podejście do wszelkich sytuacji z głęboką wiarą w to, że wszystko będzie dobrze, kupno kurczaka na souq'u gdy okazuje się, że świeży znaczy wciąż żywy, uśmiech i życzliwość Egipcjan, gdy już zdobędziesz ich szacunek... i wiele innych drobiazgów, które "złożone do kupy" trzymają mnie w tym irracjonalnym miejscu. Nie mogę tez nie wspomnieć o wszystkich przyjaźniach, które tu zawarłam- zarówno egipskich jak polskich. To właśnie tu poznalam wspaniałe kobitki, na które zawsze moge liczyć, i z którymi wszystko staje się łatwiejsze. Pozostaje mi więc trwać dalej w tej szalonej, egipskiej rzeczywistości...inshallah będzie dobrze ;)


wtorek, 1 listopada 2011

Id el Adha czyli Święto Ofiarowania

W Islamie jednym z najważniejszych świat jest Id al-Adha- Święto Ofiarowania, rozpoczyna się ono 10-tego dnia miesiąca zu al-hidżdża (12 miesiąc kalendarza muzułmańskiego). W tym roku jego początek przypada na 6 listopada. Jak zapewne już się orientujecie, kalendarz muzułmański jest kalendarzem ruchomym, stąd też każdego roku wszelkie święta ulegają przesunięciu. Warto wiedzieć, iż obchody tego święta są nierozerwalnie związane z pielgrzymką do Mekki, jednak nie tylko pielgrzymi celebrują ten specjalny czas.

zdjęcie wygooglowane

Jeśli chodzi o Id al Adha, jest to czas upamiętniający ofiarę Abrahama- otóż według Islamu, wspomniany Abraham miał złożyć w ofierze swojego syna Izmaela, jako że czyn ten miał znamiona wielkiego oddania, Bóg pozwolił swemu słudze, by ten zamiast syna, ofiarował barana. I tak oto, co roku, Muzułmanie upamiętniają to wydarzenie- ojcowie rodzin składają w ofierze barana, wielbłąda czy też krowę. Należy również odpowiednio podzielić mięso ofiary: 1/3 dla potrzebujących, 1/3 dla krewnych, reszta zaś spożywana jest na uroczystej uczcie. 

zdjęcie wygooglowane 

Muzułmanie  oddają hołd swojej religii, pokazują posłuszeństwo wobec Boga oraz dziękują mu za łaskę jaką ich obdarza. Jednak święto te to nie tylko rytualna ofiara, to również prezenty, wspólne modlitwy w meczecie i pomoc najbiedniejszym. Właśnie ten ostatni aspekt wywiera we mnie bardzo pozytywne uczucia, Muzułmanie w niezwykły sposób potrafią ukazać swoją wspólnotę, zjednoczenie w religii i wierze. W tym roku będę miała okazję w pewnym sensie „przeżyć” to święto i przyjrzeć się mu „z bliska” i przyznam szczerze, że bardzo mnie to cieszy. 

zdjęcie wygooglowane

Parę linijek wcześniej wspomniałam o modlitwie- może warto byłoby odrobinę przybliżyć ten temat. Jak zapewne wiecie, każdą z pięciu codziennych modlitw poprzedza wezwanie do modlitwy (azan) dobiegające z meczetów. W przypadku świąt, prócz tych pięciu, pojawia się dodatkowa- pomiędzy modlitwą poranną fadżr a popołudniową zuhr i w tym wypadku nie usłyszymy azanu. Jak wygląda ta specjalna modlitwa? Otóż składa się ona z dwóch rakatów oraz kazania a przed samą modlitwą pojawiają się tekbiry czyli wspomnienie Allaha (Allahu Akbar- Allah jest Największy). Jest to bardzo uroczyste wydarzenie i powinni brać w nim udział wszyscy wierni. 

 zdjęcie wygooglowane

Id al Adha jest świętem szczególnym i niezwykle ważnym dla każdego Muzułmanina, warto o tym pamiętać i jeśli będzie taka okazja złożyć życzenia:

A'adahu’llahu kullu'am wa entum bikhair- Modlę się, abyś był zdrowy przez cały rok

Taqaballahu minna wa minkum- Niechaj Allah przyjmie od nas i od was

Eid Mubarak - Niechaj Allah pobłogosławi Twoje Święto

zdjęcie wygooglowane 
Źródła:
www.planetaislam.com
www.wikipedia.pl
www.muzulmanki.blogspot.com

piątek, 12 sierpnia 2011

Relaks na wyspie

No tak, jak się można było spodziewać, plany regularnego pisania pozostały w sferze marzeń. Coś ciężko mi się zebrać ;) Jednak najwyższy czas coś wyskrobać. Zacznijmy może od wyprawy na Giftun- żadnych niesamowitych przygód związanych z nią nie było, mimo to, warto troszkę powspominać. 


Otóż pierwszy termin wyprawy- miałyśmy czekać z Madzią pod hotelem tuż obok naszego mieszkanka o godz. 8.20. pierwszym problemem było zerwanie się w środku nocy ( :D) z wyrka, ale, ku mojemu zdziwieniu poszło w miarę gładko i stawiłyśmy się na umówionym miejscu 10 min przed czasem. Grzecznie przysiadłyśmy na krawężniku i skupiłyśmy się na próbie utrzymania się w stanie przytomności. Minęło 15 min, transferu brak…no ale to tylko 5 min spóźnienia. Po kolejnych 10 min dzwoni telefon- „polskojęzyczny” przewodnik, który miał nas odebrać, skontaktował się ze mną w celu określenia naszej konkretnej pozycji. Rozmowa wyglądała tak:

- Dzień dobry, gdzie jesteś?
-Dzień dobry. Czekam przed hotelem Palacio.
-No ale gdzie?
-Przed hotelem, tuż przy wjeździe, przed głównym wejściem
-A jaki numer pokoju?
-……………………… (tu nastąpiła moja konsternacja…). Nie jestem w pokoju, jestem przed hotelem.
-Ok.

Koniec rozmowy, więc uznałam, że zaraz ktoś nas odnajdzie. O naiwności… mija kolejne 10 min, po czym telefon dzwoni jeszcze raz. Rozpoznałam numer, i już wiedziałam, że będą problemy- rozmowy ciąg dalszy:

-No i gdzie jesteś?
-Hmmm…wciąż w tym samym miejscu- przed hotelem
-No ale nie ma Cię w recepcji
-…(hmmmm)…tak, nie ma mnie w recepcji, ponieważ jestem PRZED hotelem.
-ok. poczekaj.
(no to sobie grzecznie czekam ze słuchawką przy uchu)
-No i gdzie jesteś? (to chyba ulubiony tekst mojego rozmówcy, no nie mogłam się powstrzymać- musiałam się roześmiać)
-Przed hotelem, wciąż, niezmiennie- PRZED hotelem
-No ale Ciebie tu nie ma (no w tym momencie mi ręce opadły)
-Zapewniam, że jestem, dokładnie przed bramą wjazdową, przed wejściem, pod wielkim napisem Palacio, na chodniku (no nie wiedziałam jakie jeszcze instrukcje mogę dać)
-Nie, Ciebie tu nie ma (mniej więcej w tym momencie pokłady mojej cierpliwości się wyczerpały)
-Ok., nie ma mnie. Nie kłopocz się, dokończ transfer beze mnie, miłego dnia.

No i tak zakończyła się wycieczka na Giftun :) W tym momencie muszę wspomnieć, że nie miała to być taka standardowa wyprawa- miałyśmy z Madzią zjawić się tam jako obserwatorzy, by zapoznać się z programem i pracą przewodnika, gdyż organizator wycieczek chciał abyśmy podjęły z nim współpracę. Zanim doszłyśmy do domu Sherief zadzwonił do mnie i koniec końców, przepraszał za nieogarniętego przewodnika i nieudany transfer. Nie zrażone niczym poszłyśmy z Madziulą na plażę.

Kilka dni później nastąpiło podejście nr 2. Tym razem zapraszający nie chciał ryzykować z nieudanym transferem i wysłał po nas mojego obecnego szefa z Falco Safari- jechaliśmy na Marinę w czwórkę- Madzia, ja, Hatem i jego znajoma. W porcie spotkałyśmy się z Sherief’em i wsiedliśmy wszyscy do wodnej taksówki. Okazało się, iż będziemy miały prywatną wyprawę, bez turystów, zgiełku itp. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ;) 

  
Dotarliśmy na wyspę, chwila oprowadzania, wyjaśniania co i jak, rozmowy a następnie pełen relaks. Poszłyśmy z Madziulą na mały spacerek wzdłuż brzegu w poszukiwaniu muszelek- niestety co ciekawsze okazy miały swojego mieszkańca (bardzo przywiązanego do swojego domostwa niestety) więc niewiele ze sobą przytargałyśmy. Za to postanowiłyśmy troszkę się popluskać- zaczęła się wyprawa- dłuuuuuga wyprawa w poszukiwaniu wody, byliśmy na wyspie w czasie odpływu więc sporo trzeba było brodzić aby dotrzeć do głębszego miejsca. 

Gdy w końcu dobrnęłyśmy do głębszych terenów byłyśmy na tyle zmęczone, że ograniczyłyśmy pluskanie do minimum i wróciłyśmy pod palemkę. Dalej było opalanko, obiadek, pogaduchy i nadszedł czas powrotu. Ogólne wrażenia bardzo pozytywne, dzień pełen lenistwa i ładnych, rajskich widoczków. Złe wrażenie z pierwszego, nieudanego transferu zostało zatarte, a w głowie pozostały jedynie przyjemne wspomnienia.

sobota, 9 lipca 2011

Piaskiem po oczach czyli praca na Safari

Życie w Hurghadzie płynie powoli, nigdzie nie trzeba się spieszyć, czas nabiera innego znaczenia. Tutaj zauważyłam, że mam ogromne problemy z określaniem dat- muszę się dobrze zastanowić jaki dziś mamy dzień, o konkretnej dacie już nawet nie wspomnę ;) Fakt, że podjęłam pracę, niczego nie zmienił.

No właśnie, praca- otóż od jakiś 2 tygodni jestem przewodnikiem na Safari. Pracuje z polskimi turystami, konkretnie w firmie Falco Safari. Nie jest to zajęcie pełnoetatowe- 3 dni w tygodniu + ewentualnie dodatkowa wycieczka, gdy jest sporo chętnych. Muszę przyznać, że uwielbiam tę pracę, kocham pustynie i możliwość spędzania tam czasu bardzo pozytywnie wpływa na mój nastrój. Jak konkretnie wygląda ta praca? Otóż dzień przed trip’em dostaję informację od Walid’a, o transferze- kogo i z jakich hoteli mam odebrać. Jeep lub busik podjeżdża pod nasze mieszkanko i rozpoczyna się zbieranie uczestników. 

garaż
 mój kierowca :)
Gdy dojeżdżamy do garażu, grupy są dzielone- ja dostaje Polaków, Mido pozostałych (Czechy, Słowacja, Niemcy, Anglia, Holandia, Egipt, Francja…). Na początku przedstawiamy program wycieczki, pokazujemy jak obsługiwać quady, mówimy o środkach bezpieczeństwa i yalla, w drogę ;) Udajemy się do wioski beduińskiej- czasem jadę na kładzie z Ahmedem jako pasażer, czasem w jeep’ie- wszystko zależy od programu. 

  Ahmed ;)
 Mido ;)

W wiosce opowiadamy o życiu Beduinów, jeździmy na wielbłądach, odwiedzamy warsztat tkacki, piekarnie, terrarium itp. ;) Wracając do garażu, najczęściej zatrzymujemy się na oglądanie zachodu słońca. Wieczorem odbywa się kolacja, show i do domu. Jak na razie jestem bardzo zadowolona i z przyjemnością chodzę do pracy (cóż za miła odskocznia ;) ).


Sprawy się trochę pokomplikowały gdy dostałam inną ofertę- guest relation w hotelu Empire- praca 6 dni w tygodniu, obsługa polskich turystów, w komfortowych warunkach, zapewnione wyżywienie, napoje, zakwaterowanie…wydawać by się mogło, że to świetna propozycja, niestety sprawiła ona, że mam lekki mętlik w głowie. Dlaczego? Otóż z jednej strony praca w Empire da mi pewnego rodzaju stabilizacje- określona miesięczna wypłata, umowa, a w razie gdy zabraknie kasy na czynsz, zawsze mogę mieszkać w hotelu… Z drugiej strony mam pustynię, pracę zdecydowanie cięższą, mniej opłacalną, bez żadnych gwarancji miesięcznego zarobku… ale sprawiającą mi satysfakcję, wśród ludzi, z którymi dobrze się czuję, w której dobrze się bawię. Jaką podejmę decyzję? Tego nadal nie wiem, ale myślę, że niedługo wszystko się wyjaśni ;))

  ;))