Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hurghada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hurghada. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 września 2013

Miksik w drodze...:))

Zdziwieni co? Najpierw nic nie pisze rok czasu a nagle zaczyna produkować posty dzień po dniu? Cóż to się stało? Ano stało się to, że mam nieprzeciętnie dużo wolnego czasu a co za tym idzie po prostu się nudzę. Ale zacznijmy od początku.

Jak wiecie dość długo pracowałam jako guest relation w hotelu Empire. Stan ten uległ zmianie 1 kwietnia tego roku (tak, ja też zauważyłam ironie). Jako że w połowie miesiąca mieliśmy zaplanowane miesięczne odwiedziny mojej rodzicielki, wspólnie ze ślubnym uznaliśmy, że należą mi się wakacje :) Tak też się stało. W międzyczasie pojawiły się pewne zmiany...2 kreski na teście ciążowym :) Nie powiem aby była to niespodzianka bo staranka trwały ok 3 miesięcy. Szczęśliwi i podnieceni poinformowaliśmy jedynie najbliższą rodzinę i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej.

A dalej poszłam do pracy jako transferzysta w firmie Sun&Fun. Praca właściwie tylko 3 dni w tygodniu- pozostałe spędzaliśmy siedząc godzinę, czy dwie w biurze (więc pracą tego nie nazwę), a wspomniane 3 dni to kursowanie lotnisko-hotel-biuro-lotnisko. Dzień mieszał się z nocą, niekiedy w ciągu 2 dni spało się 3 godziny...ale dało się przyzwyczaić. Oczywiście ze względu na mój stan (zwany niekiedy błogosławionym), wiedziałam że prędzej czy później trzeba będzie zrezygnować. Wygrało prędzej. Wraz z końcem czerwca zakończyłam współpracę z Sun&Fun.

No i od tamtej pory zbijam bąki w domu. Na początku było fajno ale teraz zaczynają się schodki. Ale o tym może kiedy indziej. Zaczęłam pisać ten post w celu uświadomienia przyszłym mamuśkom, że w Egipcie nie będzie łatwo. Ale oczywiście po drodze zgubiłam wątek (ostatnio często mi się zdarza). Poza tym widzę, że notorycznie używam równoważników zdań. Cóż, musicie wybaczyć. Będę z premedytacją korzystać z wymówki a'la „ciężarne mają taryfę ulgową” ;))

Zacznijmy może od zakupów- bo te są częścią nieodzowną, uniknąć się ich nie da, pochłoną lwią część Waszych zaskórniaków (choć i tak pewnie zabraknie) i doprowadzą niekiedy do szewskiej pasji. A dlaczego? Pamiętajcie, że piszę z Hurghady- a tu NIC nie ma. No serio. Kosmetyki dla dzieci zatrzymują się właściwie na marce Johnson, produkty higieniczne typu podkłady poporodowe i dla niemowląt, bielizna poporodowa itp- co najmniej trudno dostępne. Staniki do karmienia, laktatory, podgrzewacze, sterylizatory, smoczki, butelki...no można znaleźć chiński badziew (to już niezależnie od kraju) ale jak już człowiek chciałby coś lepszego to bez grubej gotówki nie podchodź. Króluje tu firma Chicco i Avent- w porównaniu do PL ceny niebotyczne a wybór co najmniej biedny. Wózki – ha! A po co wózek? Przecież szanowne Egipcjanki w łapskach dzieciaka noszą ( bo krzywy kręgosłup im nie straszny- w końcu to made in Egypt nie?), no to co ta głupia Europejka w sklepie opowiada, że chce wózek 3 in 1? A co to jest? Przecież spacerówki się (jeśli już) używa- no i taką świetną firmę mamy- Gracco (dla niezorientowanych- oryginalnie firma nazywa się Graco, więc tu obecna to chińska czy jakaś tam podróba). Nie no- oddaje sprawiedliwość, w Senzo można dostać wózki oryginalne i nawet 3 in 1- za minimalną cenę 1500zł. Ja wiem, że wózki są drogie ale za 1500zł to już można coś naprawdę fajnego kupić a tu za tę cene fajne jest jedyne to, że wózek posiada gondole...No szkoda gadać. Z ubrankami jest to samo- jeden wielki badziew- bawełnę znaleźć ciężko, za to syntetyki pełne cekinów, brokatów, tudzież innych egipskich wspaniałości, są na porządku dziennym.

Co teraz? Może służba zdrowia i opieka prenatalna (oplułam monitor ze śmiechu w tym momencie) . O służbie zdrowia kiedyś chyba wspominałam, a co do tego drugiego- no nie ma i tyle. Opieka na poziomie zerowym przecież one tu rodzą na potęgę, co to za różnica czy się w ciąży dba czy nie?Jak nie to bejbi, to się zrobi kolejne. Badania w ciąży? U tych lepszych lekarzy- krew i mocz na początku, potem długo, długo nic, krew i mocz na końcu. Fajno nie? Toksoplazmoza, czystość pochwy, tolerancja glukozy, badanie wydzieliny, budowa miednicy itd., itp. to tylko zbędne fanaberie. Za to USG na każdej wizycie. Ale „ręczne” badanie już nie- tego się tu unika jak ognia. Jak już przy tym jesteśmy- unika się do tego stopnia, że kobiety notorycznie kierowane są na cesarkę- bo to ładniej, czyściej, można zaplanować i w ogóle cud-miód-malina. Ileż lekarzy ja obchodziłam, ileż nerwów zjadłam, ileż się nakłóciłam w laboratoriach...wszystkiego się odechciewa. Ale już coraz bliżej końca- niby dobrze, ale strach jest- bo co te konowały ze mną i dzieckiem będą wyczyniać przy porodzie to aż strach...


To na razie tyle w tym temacie, choć będzie on kontynuowany- chcecie czy nie :P Brzuchol zajmuje teraz sporą część mnie i nie da się go zignorować, więc pisanie z perspektywy ciężarówki jest nieuniknione ;)

piątek, 27 września 2013

Rewolucja rewolucją a żyć trzeba

No tak- blog już prawie umarł śmiercią naturalną- bo się autorce pisać nie chce ;) Choć pewnie grom z Was pomyślał sobie, że mnie gdzieś jakaś zabłąkana kula trafiła...w końcu w tym Egipcie TAKIE rewolucje uskuteczniają- taaaaaa, właśnie o tym kilka słów. Ale naprawdę kilka bo temat mnie drażni. Nieprzeciętnie.

W związku z ostatnimi wariacjami mediów, biur podróży i innych śmiesznych instytucji, informuje że po raz kolejny była to (wciąż jest? Nie wiem. TV nie oglądam ) GRUBA przesada. Owszem, było mordobicie w Kairze, owszem lali się jeden z drugim, broń palna poszła w ruch- nie pierwszy raz. Trzeba było odwołać wycieczki do tego miasta- zgadza się. Ale te żałosne opowieści podejrzanej treści o strasznej sytuacji w Hurghadzie? No to już było przegięcie. Modyfikowanie wywiadów z mieszkającymi tu na stałe Polakami- standardowa procedura TV gdy oglądalność zaczyna spadać...ehhhh co ja będę gadać (czy pisać, jeden czort), niektórzy i tak wiedzą lepiej, bo przecież telewizja nie kłamie, prawda? No.

To może obraz na dzień dzisiejszy? Pusto, cicho, smutno. Turystów brak. No może nie taki całkowity brak ale da się wyczuć zdecydowaną różnice. Część hoteli pozamykana, a te które wciąż są otwarte pracują na pół gwizdka. Po raz kolejny masa ludzi straciła pracę, siedzi na bezpłatnych urlopach, lub pracuje 15 dni w miesiącu za ostro przyciętą stawkę. Dla Waszej wiadomości- rzecz dotyczy nie tylko Egipcjan- z nami jest tak samo. Nie ma turystów, nie ma pracy. Rezydenci siedzą w domach wydając resztki oszczędności bo biura podróży nie pracują. Wszyscy dostajemy po tyłku.


Czy się coś ruszy? Mam nadzieję, ja wprawdzie i tak do pracy się nie śpieszę (ale o tym w kolejnym poście) ale masa ludzi owszem. I życzę im, aby sytuacja wróciła do jako takiego stanu „normalnego”. I żeby jakoś się odbili po całej tej „rewolucji”

niedziela, 1 maja 2011

Chwile grozy i mięta czyli wyprawa na souk

Jako, że stronię od miejsc najbardziej obleganych przez turystów, moje kroki zawsze kierowały się ku starej dzielnicy- El-Dahar. Jest to miejsce, gdzie ujrzenie „białej twarzy” nie jest zbyt częstym przypadkiem, jednak my, praktycznie codziennie spacerowałyśmy po okolicach hotelu Empire, zagłębiając się w boczne uliczki i co rusz odkrywając jakieś ciekawe miejsca. 


Pewnego dnia koleżanka, mieszkanka Hurghady, zabrała mnie na souk. Znajduje się on w niedalekiej odległości od Empire, kierując się w prawą stronę od głównego wyjścia. Rewelacyjne miejsce- zatrzęsienie warzyw i owoców, gwar, zapachy, kolory. Przydatna jest tu  jest znajomość arabskich cyfr, gdyż nie uświadczymy znajomych nam oznaczeń cen. Zawsze oczywiście można zapytać, ale odpowiedź niekoniecznie będzie w języku angielskim...obok znajduje się kolejny bazar, tym razem z przyprawami, mięsiwem i różnego rodzaju produktami typu ryż, makarony itp. wszystko wystawione w ogromnych plecionych koszach. Stwierdziłam, że koniecznie muszę pokazać to miejsce koleżance, z którą przyleciałam do Hurghady- okazało się jednak, że wcale nie będzie to takie łatwe...




Następnego dnia wyruszyłyśmy z Kasią na wyprawę- tym razem bez mieszkanki Hurghady jako przewodnika. No i jak się można było spodziewać, mój wątpliwy zmysł orientacji zawiódł na całej linii (na swoje usprawiedliwienie powiem, że poprzedniego dnia na souk jechałyśmy samochodem...). Stanęłyśmy z Kaśką na rondzie zastanawiając się, w którą to stronę powinnyśmy iść. Usilnie próbowałam sobie przypomnieć wczorajszą trasę, jednak moja pamięć pozostawia wiele do życzenia. No ale przecież się nie poddamy! Kilkanaście metrów dalej zauważyłyśmy policjanta- no kto jak kto, ale on powinien nam pomóc. O słodka naiwności! Szanowny pan mundurowy nie znał ani słowa po angielsku, ale trzeba mu przyznać, że próbował nam pomóc uśmiechając się od ucha do ucha. Gdy już miałyśmy odchodzić, podszedł do nas jeden z miejscowych, którzy siedzieli pod wiatą przypominającą przystanek autobusowy (nie dam sobie głowy uciąć, że to było faktyczne przeznaczenie tego miejsca) i zapytał (po angielsku!) jak może nam pomóc. Z lekką niepewnością powiedziałyśmy, że szukamy souku i czy mógłby nam wskazać drogę. Odpowiedź nas delikatnie zaskoczyła- otóż przemiły Egipcjanin zaproponował, że będzie naszym przewodnikiem...cóż, powiedziałaś A, powiedz i B- ruszyłyśmy za nim. Oczywiście okazało się, że bazar był kilkanaście metrów obok, z tym, że nie zarejestrowałam wcześniej faktu, że wejście jest nie od głównej ulicy, lecz schowane po przeciwległej stronie. Po dokładnym obejrzeniu souku, przyszedł czas na pożegnanie. Oooo, co to, to nie! Nasz przewodnik zaproponował wizytę w jego sklepie (a jakże!). Nie byłyśmy z Kasią pewne czy jest to aby dobry pomysł, ale nie wypadało odmówić człowiekowi, który był dla nas tak uprzejmy. Raz kozie śmierć- idziemy. Po mniej więcej 5 minutach, gdy jakimś cudem znalazłyśmy się w miejscu, z którego miałybyśmy spory problem by dostać się na główną ulicę, usłyszałam od koleżanki coś w guście: „Nie, no pięknie! Dwie białe baby w egipskiej dzielnicy, nie mające pojęcia gdzie są i gdzie zmierzają, z przewodnikiem w postaci Araba poznanego kilkadziesiąt minut temu na ulicy. O tak, bardzo mądrze”. Podsumowała to idealnie. Gdy znalazłyśmy się w wąskiej, ciemnej uliczce, pomiędzy budynkami mieszkalnymi, w miejscu, do którego w Polsce po zmroku nikt normalny by się nie wybrał, zaczęłyśmy się zastanawiać czy aby nie dać nogi. Ale nie! Twardym trzeba być! Polka się nie da tak łatwo przestraszyć! Podążamy za naszym przewodnikiem jak owieczki na rzeź...ciekawe dlaczego nagle przed oczami stanął mi obraz detektywa Rutkowskiego...




I oto nagle naszym oczom ukazuje się coś innego prócz szarości- kolorowe ciuszki wesoło powiewające przed witryną sklepu- a więc jednak! Odrobinę uspokojone weszłyśmy do środka- niewielki sklepik, głównie z biżuterią, w centralnym miejscu narożna, czerwona kanapa, stoliczek, ogólnie bardzo pozytywne wrażenie. Zapytałam naszego nowego znajomego dlaczego wybrał sklep w tak trudno dostępnym miejscu- przecież żaden turysta raczej się tu nie zapuści? Odpowiedź była prosta- względy ekonomiczne- z tego co zrozumiałam, dzięki umiejscowieniu lokalu na parterze domu mieszkalnego, nie płaci tak horrendalnych kwot za wynajem (lub też w ogóle nie płaci- tego nie jestem pewna). No to teraz trzeba się przygotować na prezentacje towaru i zachęcanie do zakupów...i tu kolejna niespodzianka- nic z tych rzeczy. Zostałyśmy zapytane czego mamy ochotę się napić i właściciel zniknął. Po chwili wrócił, dosiadł się do nas i zaczęliśmy miłą konwersację. Po jakiś 5 minutach do sklepu wszedł kolejny Egipcjanin z tacą wypełnioną „zamówionymi” napojami. Tak jak prosiłam, dostałam cudownie mocną miętę z dużą ilością cukru. Na pogaduchach spędziliśmy jakąś godzinkę po czym nadszedł czas na powrót do hotelu. Po raz kolejny nasz przewodnik przeprowadził nas zagmatwanymi uliczkami, wyprowadzając na bardziej uczęszczaną arenę. Stąd bez problemu mogłyśmy już trafić na główną ulicę. Wymieniliśmy uprzejmości i obiecałyśmy wpaść z wizytą przy okazji kolejnych wakacji w Hurghadzie.



 
Skierowałyśmy się w stronę wyjścia na główną ulicę, otaczały nas różne sklepiki, stragany i oczywiście zero turystów. Nie wiem dokładnie co to była za uliczka, jednak w tym miejscu natknęłyśmy się na dość ostre zaczepki. To całkowicie zrozumiałe, że zwracałyśmy na siebie uwagę ( w końcu nie dość, że w tym czasie turystów było jak na lekarstwo, to jeszcze urządzałyśmy sobie spacerki w mało popularnym miejscu), jednak przejście tych kilkunastu metrów z kamienną twarzą i wzrokiem zwróconym przed siebie wymagało sporej dozy samokontroli. W Polsce odwróciłam bym się do takiego „przyjemniaczka” i powiedziała co myślę o tego typu zaczepkach, nie przebierając w słowach, jednak tu nie czułyśmy się zbyt pewnie. Jak by nie było, nie jesteśmy u siebie...Po wejściu na główną ulicę było już „z górki”, poszłyśmy na plażę, by napić się kawki, poplotkować i pooglądać zdjęcia. Kolejny dzień za nami.




piątek, 29 kwietnia 2011

Three Corners

Empire Beach 

Moja ostatnia wizyta w Egipcie miała miejsce w lutym tego roku. Ze względu na niedawną rewolucję, nie było specjalnego wyboru jeśli chodzi o wycieczki, jednak „mój” hotel był dostępny. Długo się nie namyślając wykupiłam wyjazd i zaczęłam pakowanie. Długa podróż (na to poświęcić muszę osobny wpis) i znowu jestem w Hurghadzie. Formalności na lotnisku, autokar i do hotelu! Jakież było zaskoczenie rezydenta, gdy już dojechaliśmy do Empire i otrzymaliśmy informacje, że jest on nieczynny...no cóż, ja o tym wiedziałam dzięki wcześniejszej informacji od znajomego pracownika tegoż hotelu, jednak najwyraźniej Alfa Star nie widziała konieczności poinformowania o tym fakcie nie tylko turystów ale nawet i swojego rezydenta. No nic, skierowani zostaliśmy do bliźniaczego Empire Beach i tam też mieliśmy spędzić nasz urlop.

Empire składa się z kompleksu trzech hoteli umiejscowionych tuż obok siebie: Empire, Empire Beach oraz Empire Inn. Ostatni należy do obiektów zdecydowanie niższej klasy i raczej nie jest oblegany jeśli bierzemy pod uwagę polskiego turystę. Następny w kolejce- Empire Beach, jest zdecydowanie chętniej wybierany. Powód? Bezpośredni dostęp do plaży. Wchodząc, po prawej stronie mamy recepcję, po lewej stolik z fotelami, całość jest malutka i nie robi jakiegoś specjalnego wrażenia. Ciekawie zaczyna się po wyjściu. Otóż otrzymałyśmy pokój w bungalowach, zatem musiałyśmy przeprawić się przez hotelowy ogród. Pomimo nocnej pory i wielkiego zmęczenia, nie mogłyśmy się powstrzymać od podziwiania widoczków. Wspaniale oświetlony i zadbany teren pełen kwiatów, interesujących roślin i zielonej trawy. 



Tuż po lewej stronie znajduje się bar, w którym organizowane są imprezy i niekiedy kolacje. Udając się dalej, na wprost mamy schodki prowadzące w dół, przed nami mini centrum handlowe (mini= jeden czy 2 sklepy z pamiątkami), jeżeli nie ma się ochoty na spotkania ze sprzedawcami, zamiast głównych schodów, można skorzystać z zejścia znajdującego się po lewej stronie od recepcji. Bagażowy poprowadził nas dalej, po drodze minęliśmy restaurację, w której jak później się okazało podawane są śniadania i obiady, od tyłu znajduje się coś w rodzaju klubu ze stołem bilardowym, małym parkietem i barem. Do głównej ściany restauracji przylega również biuro animatorów, gdzie wywieszone są „rozkłady zajęć”. Po lewej stronie znajdują się bungalowy umieszczone na lekkim podwyższeniu, do każdego pokoju przynależy taras, z którego można bezpośrednio wydostać się na teren ogrodu. Same pokoje należą raczej do małych, jednak nawet nie myślałyśmy o zamianie- dla dwóch osób w zupełności wystarczył a umiejscowienie tarasu od bocznej strony plaży gwarantowało ciszę i spokój. 




W środku ogrodu znajdują się dwa baseny, jeden podgrzewany, wokół rozstawione są leżaczki a przy każdym malutki stolik; na plaży podobnie. Zejście do morza łagodne, choć nie brakuje kamieni i dla tych delikatnych sugerowałabym zaopatrzenie się w specjalne buciki.

Ponieważ do Hurghady wybrałyśmy się jak tylko pojawiły się pierwsze loty po rewolucji, doświadczyłyśmy niesamowitych wrażeń pustego hotelu, plaży jak i całej Hurghady. Łącznie było nas tam może 20 gości, głównie Polacy, dzięki czemu szybciutko się zżyliśmy i nie było mowy o poczuciu anonimowości. Jako, że naród Egipski jest niezwykle przyjazny, już na następny dzień cała obsługa znała nas z imienia (nie, nie zdążyłyśmy się jeszcze przedstawić) i witała przepięknymi uśmiechami. Co najważniejsze- nie doświadczyłyśmy żadnej nachalności, co niestety jest dość częste wśród egipskich mężczyzn, muszę przyznać, że kadra pracownicza jest tam dobrana niezwykle dobrze. Jedyna osoba, do której mogę mieć zastrzeżenia, to jeden z recepcjonistów, człowiek niezwykle ciekawski, nawet jak na Egipcjanina, raz nawet przyłapałyśmy go na tym, jak wyskoczył za nami z hotelu by sprawdzić z kim to wychodzimy wieczorową porą...

 źródło: http://www.threecorners.com
źródło: http://www.threecorners.com

Z całej ekipy najbardziej przypadł nam do gustu Mahmod Mohamad- kapitan kelnerów, człowiek przemiły i zawsze uśmiechnięty. Już na drugi dzień powitał nas  na śniadaniu kawą (zapamiętał dokładnie, która z nas jaką pije) i tak już zostało do końca wyjazdu- za każdym razem gdy się pojawiałyśmy, momentalnie wędrowała do nas kawka ze słowami „nothing change” i wielkim uśmiechem. Skoro zahaczyłam już o temat posiłków, powiem także coś o jedzeniu- jak zawsze, wybór ogromny (jedynie śniadania bywają monotonne, no ale cóż można na ten posiłek właściwie wymyślić), wszystko przygotowane wyśmienicie, z dbałością o estetykę podania i co najważniejsze- przepyszne. Chociaż miałyśmy wykupioną formułę all inclusive, właściwie z niej nie korzystałyśmy(w hotelu spędzałyśmy tylko noce- i to nie zawsze), jednak w Empire Beach nie ma z tym niespodzianek- funkcjonuje ona tak jak wszędzie- napoje wydawane są do godziny 23, pomiędzy głównymi posiłkami skorzystać można z baru na plaży, który oferuje różne przekąski.
Hotel jest jak najbardziej godny polecenia, nie doświadczycie tam wprawdzie żadnych luksusów, jednak na czystość i obsługę na pewno nie można narzekać. Myślę, że każdy spędzi tam miłe wakacje, choć dla mnie wciąż na pierwszym miejscu jest „zwykły” Empire.



Empire
Do hotelu tego zawitałam w grudniu 2010 roku podczas wakacji z rodzinką. W przeciwieństwie do Empire Beach, mamy tu do czynienia z dużą recepcja i masą miejsca do wypoczynku. Na samym środku znajduje się obniżona arena zapełniona stolikami i fotelami a nad głową podziwiać można przeszklony, kolorowy sufit. Po lewej stronie od wejścia znajduje się mały sklepik, następnie stanowisko z którego możemy dokonać połączenia telefonicznego, dalej toalety, windy (nie zdarzyło się aby była jakaś awaria), bankomat, kantor (bardzo dobry kurs) i Lobby Bar, w którym wydawana jest popołudniowa kawa i herbata a także codzienna „porcja” wody dla gości z formułą all inclusive. Tuż obok znajduje się wejście do Pub20, gdzie wydawane są napoje alkoholowe. 

źródło: http://www.threecorners.com
źródło: http://www.threecorners.com

Po prawej stronie od wejścia wspomniana już recepcja, stanowisko egipskiego biura podróży, guest relation (co ciekawe, jedną z pracownic była Polka) i wejście do restauracji Sinuhe, w której podawane są główne posiłki. Wychodząc na zewnątrz widzimy basen, kilka skepików z pamiątkami, Pool Bar i restauracje Dolce Vita, w której wydawane są przekąski między głównymi posiłkami. Cały ten teren otoczony jest ścianami hotelu, jednak nie doświadcza się tam „duchoty”, przesmyki między budynkami dają odpowiedni przewiew.

źródło: http://www.threecorners.com
 W Empire znajduje się również drugi basen, o którego istnieniu nie wszyscy wiedzą- umiejscowiony na pierwszym piętrze, jest świetną alternatywą dla tych, którzy stronią od tłumów. Również i tam znajduje się mini barek, choć nie zawsze jest czynny. Właśnie na ten basen mieliśmy widok z pokoju. Samo pomieszczenie było naprawdę duże- bez problemu można by tam było pojeździć na rowerze. W każdym pokoju znajduje się sejf, co jest zdecydowanie dużym plusem, łazienki dość obszerne, szafa wnękowa z lustrzanymi drzwiami, stoliki nocne przy łóżkach, lodówka, toaletka, ława, sofa i fotele- wszystko czego można by potrzebować. Sprzątane było codziennie i to dokładnie co niestety nie jest tak powszechne w Egipcie. Hotel wprawdzie nie grzeszy nowością, jednak nie można zarzucić pracownikom niedbalstwa i braku dbania o czystość. 


źródło: http://www.threecorners.com
Kierując się w stronę wind po lewej stronie od wejścia, możemy je ominąć i przedostać się do małej areny pomiędzy hotelem a ulicą, gdzie znajdziemy kilka sklepów z pamiątkami, jubilera a także egipskie biuro podróży. Naprzeciwko znajduje się mały placyk, na którym to odbywają się imprezy dla dzieci. Cały kompleks jest ogromny i można by przechadzać się jego zakamarkami cały dzień, co rusz znajdując jakieś nowe przejścia i wyjścia. Pomimo tego ogromu, goście nie są anonimowi (tu właśnie miałam okazje doświadczyć niezwykłej pamięci Egipcjan) a atmosfera tam panująca jest bardzo przyjemna.
Posiłki są smaczne, wybór ogromny, zarówno w daniach głównych jak i owocach i ciastach- o tak, te ostatnie to zdecydowanie moi faworyci, większość pobytu żywiłam się słodkościami. Podobnie jak w Empire Beach, i tutaj obsługa należy do bardzo udanej, każda prośba czy sugestia została wysłuchana i o dziwo (!) nie usłyszałam ani razu „bukra”, wszystko wykonywane było od ręki i bez zbędnych ceregieli. Przebywając w którymkolwiek hotelu z całego kompleksu Three Corners, można korzystać z całej jego infrastruktury- a tu najważniejszy dla większości będzie pewnie dostęp do plaży- tak więc zapewniam, że nie ma żadnego problemu. 

źródło: http://www.threecorners.com
źródło: http://www.threecorners.com

Każdego wieczora, mniej więcej od godziny 18/19 na „scenę” wychodził przemiły pan, który raczył gości znanymi przebojami. Ludzie bawili się świetnie, ba! nawet ja szalałam na parkiecie wraz ze swoją chrzestną. Do hotelu przynależy także klub Peanuts Bar, w którym to regularnie urządzane są imprezy tematyczne i gdzie ściąga młodzież z okolicy. Pomimo iż Empire znajduje się na Daharze z dala od imprezowego centrum Sakkali, to na nudę narzekać nie można, bez problemu każdy znajdzie tu odpowiednią dla siebie atrakcję.
Lojalnie uprzedzam, że w Triton Empire nie znajdziecie czerwonych dywanów i złotych klamek, więc jeśli zależy Wam na luksusach poszukajcie czegoś innego. Jednak jeśli zależy wam na miłej obsłudze, przyjemnej atmosferze i bliskości specyficznej, bardziej egipskiej dzielnicy niż turystyczna Sakkala, hotel ten będzie dobrym wyborem.

środa, 13 kwietnia 2011

Tam, gdzie wszystko się zaczęło...

Koniec czerwca, wreszcie upragniony urlop, z niecierpliwością czekam na wejście do samolotu...serce wali jak szalone, w końcu to mój pierwszy raz. No nic, siadam na miejscu i niech się dzieje wola nieba...start wywraca mi żołądek do góry nogami, ostre szarpnięcie i napór ciśnienia. Trwa to dłuższą chwilę, aż zaczynam się zastanawiać czy w ogóle przetrwam. Pilot wyrównuje lot, zaglądam nieśmiało przez okno (podczas pierwszych minut uparcie kontemplowałam oparcie poprzedzającego fotela) i doznaje lekkiego ataku paniki- w co ja się wpakowałam ?! Przecież to całe żelastwo zaraz spadnie !! Jak w ogóle można być tak daleko od ziemi ?! Myśli te przebiegły mi przez głowę w ułamku sekundy i nagle zniknęły...myślę, że widoki okazały się silniejsze od lęku przed wysokością. 


Zapada mrok więc podziwianie krajobrazu z lotu ptaka dobiega końca, chwytam za książkę i zagłębiam się w magicznym świecie fantasy do momentu gdy pilot podchodzi do lądowania...po raz kolejny „ciśnieniowe wariacje” i w końcu jesteśmy na twardym gruncie. Wszyscy podnoszą się z miejsc i niemalże biegną do wyjścia, no tak, kto pierwszy ten lepszy. W wyścigu brać udziału nie zamierzam, więc spokojnie czekam, aż zrobi się luźniej. Zbieram swoje klamoty i kieruje się do wyjścia, staje w drzwiach i doznaje pewnego rodzaju szoku...pierwszy ciepły podmuch tego szczególnego powietrza na twarzy, i  szeroki uśmiech pojawiający się na moim obliczu...jestem w Egipcie.


Wraz z innymi wsiadam do odpowiedniego autokaru, który to zawieść ma nas do hotelu, siadam przy oknie i wlepiam wzrok w szybę...ależ ja musiałam komicznie wyglądać z zewnątrz- szeroko otwarte, rozbiegane oczy, nie mogące się zdecydować w którą stronę patrzeć, twarz niemalże przyklejona do okna, cud że usłyszałam rezydenta gdy mówił, iż czas wysiadać. Szczerze zęby do wszystkich, no po prostu nie mogę przestać się uśmiechać, ganię się w duchu „uspokój się bo Cię za niepoczytalną wezmą” ale to nic nie daje. Pakuje się do pokoju, stawiam walizkę i kieruje się na balkon...widok na ulice, niby nic ciekawego jednak stoję tam z godzinę i gapię się na wszystko, przemykające samochody, spacerujących roześmianych ludzi, sprzedawców z okolicznych sklepów, chłonę dźwięki, zapachy...to wszystko jest takie nowe. Mimo wszystko czuję zmęczenie, jest 4 rano więc najwyższa pora na trochę snu.



Otwieram oczy i coś dziwnego przykuwa moją uwagę, wychodzę na balkon sprawdzić cóż to jest...i tak pierwszy raz wita mnie przepiękny błękit egipskiego nieba, uśmiecham się sama do siebie. Stoję tak jeszcze chwilę po czym patrzę na zegarek- 7.20, no to pospałam, rzeczywiście. Jednak nie czuję się zmęczona, wręcz przeciwnie- jestem pełna energii. Schodzę na śniadanie (kawa i papieros przy basenie) po czym wybieram się na nieśmiałą eksplorację przyhotelowych terenów. Na ulicach jest jeszcze całkiem spokojnie. Kieruję się w stronę ronda przy plaży Old Vic i nagle moim oczom ukazuje się dość niecodzienny widok- dwójka mundurowych z karabinami (czy co to tam było) tuż na wprost mnie. Hmmmm...no nic, idę dalej. Lekko zestresowana przechodzę obok i omal nie dostaję zawału gdy jeden z nich zwraca się do mnie. Czyli to jednak nie był wytwór mojej wyobraźni... Pojęcia nie mam co mówi ale grzecznie odpowiadam „good morning” mając nadzieję, że nie wyjdę na kompletnego ignoranta. W odpowiedzi otrzymuję szeroki uśmiech więc pozytywnie nastawiona idę dalej. Oczywiście głowa lata mi wokół własnej osi jak szalona, próbując ogarnąć wzrokiem dosłownie wszystko (co z tego, że otaczają mnie zwykłe budynki-w końcu to budynki w Egipcie) co niemalże doprowadza do skręcenia kostki. Przyczyny są dwie- moje roztrzepanie i obrzydliwie wysokie krawężniki. Ależ jak byłam w szoku ! Kto to wymyślił? Rozglądnęłam się wokół czy to przypadkiem nie odosobniony przypadek ale nie- wygląda na to, że to taki standard. No cóż- trzeba przywyknąć, zresztą nie to stanowiło największy problem. Kiedy zakończyłam studiowanie architektury egipskich chodników, przyszedł czas na przeprawienie się na drugą stronę ulicy. Myślicie, że to takie łatwe? Że zapali się zielone światełko i fru? Albo może kierowcy zatrzymają się widząc, że stoisz na pasach? Świateł nie zlokalizowałam, podobnie jak oznakowanego przejścia dla pieszych, za to nie miałam problemów z zauważeniem szalonych taksówek śmigających po ulicach. Zatrzymać nikt się nie miał zamiaru więc wlazłam na jezdnie mając nadzieję, że nie zamienię się w mokrą plamę na betonie. O dziwo, kierowcy jakoś specjalnie się mną nie przejęli- po prostu wymijali mnie jak gdyby nigdy nic.



Mniej więcej od hotelu Old Vic ciągnie się sympatyczna promenada wypełniona hotelami, sklepikami i knajpkami. Jakież było moje zdumienie gdyż niemalże każdy sprzedawca starał się namówić mnie na wstąpienie do jego sklepu. Było to niezwykle ciekawe przeżycie, które koniec końców wyrobiło we mnie syndrom poruszanie się po tej stronie ulicy, która jest najbardziej oddalona od pasaży handlowych. A ilu ja nagle zyskałam przyjaciół! Wszyscy byli moimi „friendsami”. Co z tego, że pierwszy raz widzą mnie na oczy, jestem „good friend” i tyle- i jak tu się nie uśmiechnąć? Oczywiście nie podarowałam sobie wejścia do sporej wielkości sklepu z pamiątkami...i już na wejściu dostałam oczopląsu- było tam wszystko- od odzieży po zapalniczki, zatrzęsienie żywych, zwracających uwagę kolorów... i głos polskich turystów: „a czemu to takie drogie?” No tak. Zaobserwowałam tam ciekawą sytuację- targowanie, no może nie dokładnie samo targowanie bo to pojęcie nie jest mi obce, ale targowanie w wykonaniu polskiego młodzieńca. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie przysłuchiwać się tej konwersacji, bo widzicie, niezwykle interesujące jest kiedy dwoje ludzi próbuje się dogadać, gdy każdy z nich używa innego języka. Egipcjanin swoje, Polak swoje...czy w finale doszli do porozumienia nie wiem, bo rozbawienie zmusiło mnie do opuszczenia tego przybytku.



Późnym popołudniem zawitałam w końcu na plażę. Nie jestem zwolenniczką tej formy wypoczynku, no ale wszystkiego trzeba spróbować. Cóż za kolor, cóż za przejrzystość wody, nie mogłam się nadziwić, nieprzeciętny widok. Woda cieplutka i obrzydliwie słona, po wyjściu widać na skórze bielutki osad ale cóż to...nic nie jest w stanie zepsuć pozytywnego wrażenia krystalicznie czystego morza pełnego niesamowitych stworzonek, które można oglądać nawet nie zanurzając głowy. Wpatrywałam się w ten ogromny błękit, słońce muskało moją skórę i czułam jak cały stres odpływa, jak wszystkie problemy stają się nieistotne, nie teraz, nie tu...



 Dzień za dniem leciały nieubłaganie. Spotkania ze znajomymi i spacery wypełniały większość czasu. Hurghada objawiła mi się jako miejsce pełne kontrastów- piękne hotele naprzeciw smutnych, nieukończonych budowli, śliczne ogrody i plaże hotelowe naprzeciw brudnych i niezadbanych ulic, gwar rozmów i zabawy przetykany poruszającym głosem muezina wzywającego na modlitwę...wszystko to zapadło mi głęboko w pamięć i długo nie mogłam dojść do ładu po powrocie do Polski. Właściwie myślę, że nigdy nie doszłam i mój powrót do Hurghady miał miejsce szybciej niż to planowałam...

 

c.d.n.